Olej jadalny i olej do skóry to często ten sam olej
Zanim przejdziemy do różnic, warto rozbroić jedno nieporozumienie. Olej migdałowy z półki kosmetycznej i olej migdałowy z półki spożywczej to zwykle ta sama substancja w innej butelce i w innej cenie. Liczy się sposób tłoczenia i to, czy olej był rafinowany, a nie dział, w którym stoi. Tłoczony na zimno zachowuje zapach i barwę surowca, rafinowany jest przezroczysty, bezwonny i trwalszy.
Do skóry nadaje się jedno i drugie, tylko do czego innego. Nierafinowany pachnie i ma więcej składników towarzyszących, więc bywa przyjemniejszy, ale jełczeje szybciej i częściej uczula. Rafinowany jest nudny i przewidywalny, co przy dużych powierzchniach ciała bywa zaletą. Poniżej trzy oleje, które w praktyce spotyka się najczęściej, i po jednym zdaniu o tym, kiedy który ma sens.
Olej migdałowy: lekki, szybki, najczęściej wybierany
Olej ze słodkich migdałów jest lekki, wchłania się w kilka minut i praktycznie nie zostawia filmu na skórze. Dlatego jest domyślnym wyborem wszędzie tam, gdzie olej ma się rozprowadzać na dużej powierzchni i nie kleić: w pielęgnacji po kąpieli, w mieszankach do masażu i w produktach dla niemowląt. Ma delikatny, orzechowy zapach, który po kilkunastu minutach prawie znika.
Skład kwasów tłuszczowych ma korzystny dla skóry, z przewagą kwasu oleinowego, przez co dobrze się rozprowadza i nie wysusza. W kuchni sprawdza się na zimno, do sałatek i past, natomiast do smażenia się nie nadaje, bo przy wyższej temperaturze traci to, za co się go kupuje. Trzymaj go w ciemnej butelce i najlepiej w lodówce, jeśli zużywasz go wolno.
Jest jedno „ale” i jest ono poważniejsze, niż większość ludzi zakłada. Migdał to orzech, a olej migdałowy nierafinowany zawiera resztkowe białka, które u osoby uczulonej na orzechy potrafią wywołać reakcję przy kontakcie ze skórą, nie tylko po zjedzeniu. To nie jest teoretyczne zastrzeżenie z ulotki, tylko powód, dla którego warto czytać skład kosmetyków, a przy zabiegach zwyczajnie o tym mówić.
Olej kokosowy: ten, który tężeje i dzieli ludzi
Olej kokosowy jest stały poniżej mniej więcej dwudziestu pięciu stopni, więc zimą wyjmujesz z szafki biały krem, a latem przezroczysty płyn. To nie jest wada ani oznaka zepsucia, tylko zwykła właściwość, wynikająca z dużej zawartości nasyconych kwasów tłuszczowych. Ta sama cecha sprawia, że kokosowy jełczeje najwolniej ze wszystkich trzech opisanych tu olejów i spokojnie stoi w szafce rok.
Na skórze zachowuje się inaczej niż migdałowy: zostaje na wierzchu wyraźnie dłużej i tworzy film, który część osób lubi, a część uważa za tłusty. Zimą, na przesuszoną skórę, ten film jest zaletą. Latem albo na twarz bywa kłopotem, zwłaszcza u osób ze skórą skłonną do zatykających się porów, bo kokosowy ma pod tym względem złą opinię i nie całkiem niezasłużoną.
W mieszankach do masażu bywa dodawany właśnie po to, żeby spowolnić wchłanianie, bo sam olej migdałowy potrafi zniknąć szybciej, niż kończy się praca na danej partii ciała. Proporcja robi tu całą różnicę: kilka procent zmienia poślizg, kilkadziesiąt zmienia produkt w coś zupełnie innego.
Olej słonecznikowy: niedoceniany, bo tani
Słonecznikowy ma w kosmetyce opinię ubogiego krewnego, głównie dlatego, że stoi w każdym sklepie i kosztuje grosze. Tymczasem tłoczony na zimno jest lekki, bezbarwny, prawie bezwonny i wchłania się szybko, a jego skład jest bogaty w kwas linolowy, który skóra wykorzystuje w warstwie ochronnej. W ślepych testach trudno go odróżnić od znacznie droższych olejów.
Ma jedną realną wadę i warto ją znać: przez wysoką zawartość wielonienasyconych kwasów tłuszczowych jełczeje najszybciej z tej trójki. Butelka otwarta pół roku temu i trzymana na parapecie nadaje się już tylko do wyrzucenia, a zjełczały olej na skórze podrażnia. Kupuj małe opakowania, trzymaj w ciemności i wąchaj przed użyciem, bo nos wyłapuje to bezbłędnie.
Wersja wysokooleinowa, coraz częściej dostępna, jest pod tym względem trwalsza i bardziej przypomina oliwę. Jeśli masz wybór i olej ma stać dłużej, bierz właśnie ją.
Dlaczego mieszanki działają lepiej niż pojedynczy olej
Każdy z tych trzech olejów ma jedną cechę, która przeszkadza, gdy jest jedyną. Migdałowy wchłania się tak szybko, że przy dłuższej pracy trzeba go dolewać. Kokosowy zostaje na wierzchu i przy dużej ilości zwyczajnie się lepi. Słonecznikowy jest tani i lekki, ale najkrócej zachowuje świeżość. Połączenie tej trójki znosi wszystkie trzy problemy naraz i dlatego mieszanki są w praktyce normą, a nie wymysłem marketingu.
Dokładnie tak wygląda to w gabinetach, w których pracuje się rękami przez godzinę bez przerwy. Masażyści dobierają proporcje pod czas trwania sesji i pod to, jak chłonna jest skóra danej osoby, a nie sięgają po jeden uniwersalny preparat. Przy okazji wracamy do zastrzeżenia z początku tekstu: skoro migdał jest w takiej mieszance składnikiem podstawowym, a kontakt ze skórą trwa całą godzinę, to uczulenie na migdały trzeba zgłosić przed masażem, a nie w jego trakcie, bo oleju bez migdała nikt nie przygotuje w drzwiach.
Ta sama zasada obowiązuje w domu, choć stawka jest mniejsza. Jeżeli robisz sobie mieszankę do ciała, zapisz na etykiecie, co w niej jest, i nie zakładaj, że zapamiętasz. Za trzy miesiące, kiedy pożyczy ją od ciebie ktoś inny, ta etykieta okaże się najważniejszym elementem całego wyrobu.
Prosta zasada na półkę
Jeśli masz kupić jeden olej i nie chcesz się zastanawiać, weź migdałowy tłoczony na zimno, w małej ciemnej butelce, i trzymaj go w lodówce. Sprawdza się na ciało, na dłonie, na skórki wokół paznokci i do zdejmowania makijażu, a przy okazji nadaje się do jedzenia, więc nic się nie zmarnuje. Wyjątek dotyczy alergii na orzechy, i wtedy pierwszym wyborem jest słonecznikowy wysokooleinowy.
Jeśli masz kupić trzy, weź wszystkie opisane wyżej i mieszaj je w proporcji mniej więcej sześć części migdałowego, trzy słonecznikowego i jedna kokosowego. To jest punkt wyjścia, nie przepis: po dwóch tygodniach będziesz wiedzieć, czy chcesz więcej poślizgu, czy mniej, i przesuniesz proporcje sama.
